sobota, 25 sierpnia 2012

SOBOTA - 25 VIII 2012r:


No to pora na pierwszy wpis!

 Dzisiaj był pierwszy z dwóch dni tzw. odpoczynku i regeneracji.
Pierwszy dzień zbierania sił przed rozpoczęciem nowego tygodnia, a wraz z nim kolejnych treningów i wyzwań.
Cały dzień upłynął dość przyjemnie :-). Rano tradycyjnie płatki owsiane z wiórkami kokosowymi, kefirem, nektarynką i malinami i wyjście do sklepu. Mieliśmy zakupić lampę do salonu, a skończyło się w rezultacie na kupieniu spodni :-D. Tak to właśnie bywa podczas wypadu do centrum handlowego.
Po powrocie pyszny obiad w postaci duszonej piersi z indyka w sosie sojowym, czosnku i imbirze, podanej z jaśminowym ryżem, sałatą rzymską z roszponką i domową pikantną salsą z mango, chilli, imbiru, mięty i sosu sojowego. No po prostu PYCHA! :-).
Potem udałem się na spacer, bo pogoda dzisiaj była bardzo fajna. Nie za ciepło ( a w ostatnich dniach upały mocno dały popalić! ) i słonecznie - wręcz idealnie do spacerowania z przyjemną muzyką w słuchawkach i  podziwiania przepięknej okolicy. Po drodze nie byłbym sobą, gdybym nie zahaczył o jakiś sklep i nie zakupił czegoś dobrego na kolację :-P. Tak więc wstąpiłem na bazarek z planem kupienia owoców do jutrzejszej owsianki i jakiegoś pieczywa. Okazało się jednak, że bazarek jest już zamknięty. Poszedłem do Almy, w której kupiłem wszystkie potrzebne rzeczy i wróciłem sobie do domu.
Pograłem na basie i dzisiaj naszła mnie ochota na coś prostego. Na taką kolację "po prostu", codzienną.
Zmontowałem więc sobie pyszne kanapki z chleba razowego z dynią, z białym serem, pieczoną piersią z indyka, pastą z bakłażana i pomidorów i warzywami. Było pysznie! Do tego kubek zielonej herbaty aromatyzowanej brzoskwinią i pełen relax w sobotni wieczór. Poszperałem w internecie i tak to właśnie zleciała sobie ta jakże urocza sobota! :-)

Pierś z indyka podzielić na filety i przełożyć do miski. Następnie zalać mieszanką jasnego i ciemnego sosu sojowego, czosnku, imbiru, szczypty cynamonu, odrobiny sosu worcestershire oraz octu ryżowego. Zostawić na jakiś czas, aby mięso przeszło wszystkimi aromatami. Następnie mięso obsmażyć przez chwilę z każdej strony na rozgrzanej patelni, przełożyć do garnka, zalać resztą marynaty i wody ( tak, aby sos przykrył mięso ) i dusić przez 10 minut. Po zbyt długim duszeniu pierś będzie sucha. Sos jeszcze zagęścić mieszanką mąki ziemniaczanej z wodą i gotowe! Podawać gorące z aromatycznym, jaśminowym ryżem i pyszną pikantną salsą z mango.
SMACZNEGO! :-)

Mango obrać i pokroić w kostkę. Przełożyć do miski i dodać 1/2x posiekanej drobniutko czerwonej papryczki chilli, drobno posiekany kawałek imbiru wielkości kciuka, 1/2x czerwonej cebuli pokrojonej w drobniutką kostkę, sporą garść posiekanych liści świeżej mięty, odrobinę soku z cytryny oraz jasnego sosu sojowego. Całość wymieszać i odstawić do lodówki, aby salsa nabrała charakteru :-). W smaku słodycz mango powinna genialnie łączyć się z ostrością chilli i aromatem imbiru, świeżością mięty i lekką słonością sosu sojowego.
W połączeniu z mięsem to prawdziwe niebo w gębie!
SMACZNEGO! :-)




"Wpis pierwszy - z.a.p.o.z.n.a.w.c.z.y"

No to zaczynamy tą zabawę! :-)
Może od razu dodam, że jestem w trakcie chodzenia na siłownię. Robię to prawie od trzech miesięcy.
A zaczęło się tak...
Przy wzroście 178cm doprowadziłem się do krytycznej wagi 40kg. To było na przełomie Marca i Kwietnia tego roku. Było na tyle fatalnie, że nie potrafiłem wejść po schodach, bez odpoczynku na pierwsze piętro. Jeżeli miałem do tego trzymać w ręku siatkę z zakupami, to już w ogóle mogłem zapomnieć o pokonaniu 20 schodków. Ale pokrótce od początku:

 Wszystko stało się dlatego, że przyjmowałem do swojego organizmu dziennie może około 1000kcal, z czego połowę spalałem podczas pokonywania dość długich dystansów na piechotę i poruszania się generalnie bez użycia samochodu, czy komunikacji miejskiej. Dawało to jakieś 500kcal na dzień, co jest, jak łatwo się domyślić, praktycznie ujemną wartością. Warto również powiedzieć, że przed tym drastycznym straceniem kilogramów ważyłem niespełna 50kg, także też nie było zbyt kolorowo. W porównaniu jednak do 40kg wydawać by się mogło to piekielną różnicą. Główny jednak problem polegał na tym, że te 10kg, które straciłem, to były przede wszystkim mięśnie. Możecie sobie wyobrazić, co to oznaczało?
Kiedy waga pokazała 10kg mniej, a ja stając tym samym na granicy życia i śmierci uświadomiłem sobie, jak jest ze mną źle, postanowiłem wziąć się za swoje życie i ratować je, póki nie jest jeszcze za późno.

 Początki były bardzo ciężkie, ponieważ samo leżenie na łóżku było dla mnie bolesne. Czułem, jak opieram cały swój "ciężar" na... kościach. W nocy było mi zimno, drętwiało mi całe ciało, a poranne wstanie z łóżka było dla mnie wysiłkiem.
Nosząc wtedy jeszcze zimowe, dość ciężkie buty, naprawdę trudno było mi podnieść w nich nogę, aby pokonać krawężnik oddzielający przejście dla pieszych od poziomu chodnika.
Pamiętam, gdy któregoś dnia wracając z tatą z zakupów musiałem wejść po schodach z podziemnego garażu. Trzymając w ręku zgrzewkę wody zatrzymałem się na półpiętrze i nie byłem już w stanie wejść dalej... Wodę musiał zabrać ode mnie tata, a ja trzymając się poręczy, "wtargałem" swoje ciało na pierwsze piętro.
Po miesiącu walki z własnym sobą i nabieraniu sił, zapisałem się na siłownię.
Wszyscy bardzo mi tego odradzali. Mówili, że tylko się tam wykończę i będzie jeszcze gorzej.
Ja jednak mocno wierzyłem i gdzieś wgłębi duszy czułem, że to posunięcie pomoże mi w tej walce. W walce o życie, w odbudowie swojego ciała.
Faktycznie z zewnątrz musiało wyglądać to strasznie. Chodzący kościotrup, który ledwo co potrafi wejść po schodach, zapisuje się na siłownię. Paradoks.
Jak się jednak okazało - była to chyba jedna z najlepszych decyzji w moim życiu.
I chciałbym tutaj podziękować moim rodzicom, którzy po długim okresie sprzeciwu jednak ulegli oraz człowiekowi, bez którego to wszystko nie szło by tak sprawnie - Arkadiuszowi Michalikowi, trenerowi, który okiem fachowca spojrzał na całą tę sprawę i dopasował pode mnie idealny trening.

 Obecnie wróciłem do swojej poprzedniej wagi, jaką jest 50kg. Oprócz tych 10kg, które z powrotem zyskałem, poprawiła mi się również kondycja i wytrzymałość. Sił jest teraz nieporównywalnie więcej, a samopoczucie o wieeeeeeele, wiele lepsze. Szczerze powiedziawszy - nie wyobrażam sobie teraz funkcjonowania bez treningu. Siły, samopoczucie i ogólna sprawność, jaką człowiek dostaje po treningu jest czymś nie do opisania. Na prawdę gorąco to każdemu polecam!
Oczywiście razem z wdrożeniem do mojego życia treningów, zmieniła się także moja dieta, która bazuje teraz na 5 posiłkach wciągu dnia. Bez niej rzecz jasna nic by nie wyszło.
Nie mogę jednak powiedzieć, że obecna waga jest już wagą dobrą, natomiast na tle tego, co było jest to duży postęp.
Moją kolejną, nazwijmy to, "poprzeczką" jest 60kg.

 Cały ten proces jest dla mnie niezmiernie ważny i podczas przechodzenia przez niego od Kwietnia, dokumentuję każdy posiłek poprzez zrobienie zdjęcia. To taki dodatkowy "element archiwalny" :-). Kiedyś gdzieś czytałem, że pewien człowiek robił codziennie przez 5 lat zdjęcia swoich obiadów. Później zamieścił to na jakiejś stronie internetowej, co zrobiło na oglądających przeogromne wrażenie. Mam podobny plan z tą różnicą, że ja fotografuję śniadanie, obiad i kolację, także zdjęć tych będzie 3x więcej.
No, ale chyba nie będę tego zbierał aż przez 5 lat :-D.
Posiadam również zdjęcie sylwetki wykonane na początku tego wszystkiego, oraz planuję wstawić kilka przejściowych i końcowe, kiedy będę ważył już przynajmniej 60kg.

To co, zaczynamy? :-)
START!